O czym to M…?

„Jak ktoś szuka swojej tożsamości albo jak nie wie co się dzieje z ciałem, to ten spektakl może wykonać dobrą robotę. A jednocześnie nie jest w żaden sposób edukacyjny ani moralizatorski” – rozmowa z Moniką Czajkowską, reżyserką spektaklu Czy to M…? otwierającego 58. Międzynarodowy Festiwal Teatralny KONTRAPUNKT

Maria Różycka: Jesteśmy na Festiwalu, którego tematem jest sprawa osobista. Czy twój spektakl jest dla ciebie sprawą osobistą? 

Monika Czajkowska: Nie jest to moja sprawa osobista w tym sensie, że nie ma w tym spektaklu mojej historii, ale jest sprawą osobistą tych młodych ludzi, którzy się ze mną spotkali przed robieniem spektaklu. Etap pisania scenariusza poprzedziły rozbudowane prace researchowe, w dużej mierze opierające się na moich rozmowach z osobami nastoletnimi. 

MR: To był spektakl realizowany przy jakimś projekcie, czy twój pomysł? 

MC: To był mój pomysł, ale wsparł mnie dział edukacji Teatru Pleciuga, w którym robiłam spektakl. Dziewczyny załatwiły mi wejścia do szkół albo ściągnęły grupy do teatru. Natomiast to, jak wyglądały spotkania, było całkowicie moją działką. Po jednym z nich odezwał się do mnie chłopak, żeby umówić się na indywidualne spotkanie  i przez prawie godzinę opowiadał mi o swojej skomplikowanej relacji. Wtedy poczułam dużą odpowiedzialność za te historie, bo razem z nimi dostałam duży kredyt zaufania. Mam poczucie, że byłam chyba pierwszą osobą dla wielu tych młodych ludzi, która tak szczerze z nimi rozmawiała i tak autentycznie była tym zainteresowana. Nie oceniałam i starałam się odciąć mój filtr osoby dorosłej, która ma już trochę inne doświadczenia. Dlatego to jest ich sprawa osobista, ale też moja – w tym sensie, że spektakl jest w pełni autorski. Mój tekst, moja reżyseria, moje kostiumy, zrobiłam wszystko, co bardzo chciałam zrobić, w takiej formie, w jakiej chciałam i z aktorami, z którymi chciałam. 

MR: Kiedy spotkaliście się na próbach, miałaś już gotowy scenariusz?

MC: Przyszłam na pierwszą próbę z gotowym scenariuszem, ale jak mówię „gotowy”, to też zakładam, że możemy coś dopisać i coś wykreślić. Ostatecznie bardzo niewiele się zmieniło od tej pierwszego spotkania do premiery. Na próby dwa razy przyszły do nas nastolatki i robiliśmy czytania tekstu, żeby zweryfikować czy to z nimi rezonuje i czy to, co ja przetworzyłam na bazie rozmów, działa. Dostaliśmy bardzo dobry feedback. Te spotkania były ważne, zwłaszcza dla aktorki, która niosła osobistą historię jednej z moich rozmówczyń. Ten wątek był w całości zainspirowany realnie istniejącą dziewczyną.

MR: Poruszasz temat związków nieheteronormatywnych. Czy on wyszedł dopiero w rozmowach, czy od początku zakładałaś, że to będzie różna reprezentacja?

MC: Od początku zakładałam, że musi być różna reprezentacja w ramach spektaklu, bo chcę, żeby był współczesny i zrobiony ze świadomością, jak wygląda świat. Rozmowy z młodzieżą jeszcze bardziej mnie w tym utwierdziły i doprecyzowały, jak konkretnie w ten spektakl to włożyć. W czasie poszukiwań jedna z dziewczyn opowiedziała swoją historię lesbijską. Ona sprawiła, że ten wątek bardzo się rozrósł i  był w tym taki osobisty dotyk. To spotkanie było dla nas wszystkich bardzo wzruszające. Poczułam, że to jest jakaś perełka, że jeżeli ta historia tak działa w nieoszlifowanej formie, to ma w sobie bardzo dużą siłę. Kiedy później zapraszałyśmy na próbę grupę tych samych dziewczyn, bardzo się bałam, co ona powie. Czy jest gotowa na to, że tak bardzo jedna historia będzie nią zainspirowana? Na szczęście była zachwycona, a już po premierze powiedziała, że będzie to pamiętać do końca życia. I że to bardzo dużo dla niej znaczy. Dla mnie ta cała sytuacja jest już sukcesem tego spektaklu.

MR: W jakich porządkach dramaturgicznych się poruszasz? 

MC: Aktorzy są na scenie w trzech kondycjach, ale w czterech porządkach. Zaczynamy i kończymy spektakl światem teatru. Potem jesteśmy w świecie fikcji i są takie dwa momenty, kiedy to pokazujemy. Najpierw jak postać Maćka, czyli aktor Patryk Sztęborowski, wchodzi w rolę, a drugi moment w scenach Malwiny (Zofia Tkocz) i Marcina (Łukasz Dybek) – kiedy dialogują w różnych kondycjach. Trzecia była kondycja w monologach, które są trochę w postaci, ale trochę nie, ponieważ ci bohaterowie, by tego nie powiedzieli na głos. A tym czwartym porządkiem jest porządek tańca, taki najbardziej abstrakcyjny, ponieważ tam najmniej te postaci się przenoszą. To znaczy, że ci nieśmiali bohaterowie mają tam taką pełną ekspresję i to są atrakcyjne sceny dla widzów. Bardzo chciałam mieć choreografię, lubię ruch w teatrze i wierzę w to, że on też dużo opowiada. Wiedziałam, że dla dramaturgii jest mi to potrzebne. Mogę zdradzić, że na próbach stolikowych miałam taką tablicę, na której rozrysowaliśmy wszystkie te relacje, porządki, światy i bardzo długo w tym grzebaliśmy, żeby to było czytelne. 

MR: Wywodzisz się z filmu, jednak teraz więcej masz wspólnego z teatrem.

MC: Tak, jestem z filmu, ale więcej pracuję w teatrze. W pewnym momencie poczułam, że nie jestem w stanie w Polsce robić takich filmów jakie bym chciała, a teatr ma więcej przestrzeni na eksperyment, na poszukiwanie, na autorski język, a nie pracę w ramach pewnych schematów. Dlatego postanowiłam zająć się teatrem. On jest też wygodny, bo żeby zrobić film potrzeba kilku lat, a w teatrze mogę mieć kilka premier w sezonie i cały czas być w procesie tworzenia. Poza tym lubię teatr za to, że są próby z aktorami, i że jest czas na bycie w procesie, co znowu nie jest wpisane w polskie kino.

MR: Teatr dla nastolatków, dla młodzieży, to jest trudny temat i zastanawiam się czemu się tego podjęłaś? Czujesz, że potrafisz złapać z nimi jakiś wspólny język?

MC: To jest trudna grupa, bo oni nie przyjdą do teatru sami z siebie, ale też nie ma dla nich za wiele propozycji. To nie są dzieci, bardziej młodzi dorośli, ale nadal jeszcze trochę inne tematy ich interesują. Wydaje mi się, że bez researchu i kontaktu z tą grupą będzie trudno. Ja nie lubię się określać, tak jak nigdy nie umiałam wybrać między teatrem a filmem, dlatego cieszyłam się pracą nad Królową miłości w teatrze telewizji, bo czułam, że mam ogromną frajdę z łączenia tych światów.

Nie wybieram czy chcę robić teatr dla dzieci, dorosłych, czy młodzieży, bo lubię tak sobie skakać między tymi porządkami. Z młodzieżą zaczęło się od tego, że napisałam tekst, który wygrał konkurs w Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu i tam w ramach programu pisarskiego napisałam sztukę Wychowanie fizyczne o lekcjach WF-u. W czasie tego projektu też miałam spotkania z młodzieżą, ale tekst był bardziej osobisty, bo miałam traumę związaną z lekcjami WF-u i jedna scena jest zainspirowana moim życiem. Ten tekst spotyka się zawsze z super odbiorem, młodzież się bardzo odnajduje w tej historii i jest to dobrze uchwycone. 

Czuję, że umiem się z tą grupą skomunikować, staram się ich zrozumieć i złapać ich wrażliwość. Wydaje mi się, że te spektakle mogą być formujące. W przypadku Czy to M…? myślę, że jak ktoś szuka swojej tożsamości albo jak nie wie, co się dzieje z jego ciałem, to on może wykonać dobrą robotę. A jednocześnie ani te teksty, ani przedstawienie, nie są w żaden sposób edukacyjne czy moralizatorskie. Zależało mi na tym, żeby one nie mówiły, jak żyć. Tylko pokazywały, jak jest. Starałam się, żeby to było subtelne, takie niedociśnięte, żeby nawet jeśli to nie zgodzi się z pewnymi rzeczami światopoglądowo, to żeby trudno było się do tego przyczepić.

MR: Na koniec naszej rozmowy –  jaki jest przepis na spektakl dla młodzieży?

MC: Nie projektować na nich swoich rzeczy, ani swoich traum z nastoletniego życia. W trakcie procesu świadomie nie rozmawialiśmy w ogóle o naszych pierwszych miłościach, Wiadomo, że to zawsze jest gdzieś z tyłu głowy i kształtuje naszą wrażliwość. Wydaje mi się też ważne, żeby nie oceniać tych historii, pozwolić sobie na przełamanie, że to jest jednak jakoś piękne. Ważne jest zaciekawienie się młodzieżą. 

My całym zespołem – mówię o sobie i o aktorach – byliśmy w to zaangażowani, wierzyliśmy, że robimy coś ważnego i to się przenosi na scenę. W ogóle to była wspaniała współpraca z aktorami. To są ludzie, z którymi bardzo dużo można zrobić, i którzy byli bardzo oddani temu spektaklowi. Obdarzyli mnie ogromnym zaufaniem. Oni chcieli to zrobić dla tej grupy. Oczywiście nie wiedzieliśmy, jaki będzie skutek, czy to się uda, czy nie, ale po tych rozmowach, byliśmy przekonani, że jest to potrzebne.

Przewijanie do góry