W ciągłym poszukiwaniu

„Jestem na takim etapie, że samo interesowanie się formą nie może być docelowym momentem artystycznym. Bardzo dużo tematów siedzi we mnie i celowo nie sięgam po nie, bo ciągle jeszcze nie wiem, jak to będzie się z nimi skonfrontować” – rozmowa z Weroniką Zajkowską reżyserką spektaklu Żeromski: backstage.

Maria Różycka: Spotykamy się na KONTRAPUNKCIE, spektakl, o którym rozmawiamy – Żeromski: backstage – powstał, ponieważ podczas 14. Forum Młodej Reżyserii zdobyłaś nagrodę rezydencji dramaturgicznej w Teatrze im. Żeromskiego w Kielcach. Kto widział, ten wie, że twój spektakl bynajmniej nie jest o Żeromskim, ale może początkowo zabierałaś się rzeczywiście za Dzienniki lub inny jego tekst? 

Weronika Zajkowska: Od teatru dostałam bardzo dużo wolności. Zadanie było takie, żeby zrobić jakiś tekst Żeromskiego. Na początku rzeczywiście kombinowałam z literaturą, ale okazało się, że to wszystko jest strasznie nudne. W tym czasie byłam też w kontakcie z Katarzyną Kościewicz, która jest bardzo wkręcona w Żeromskiego. To ona podsunęła mi Dzienniki, mówiąc, że to jest rzeczywiście najciekawsza rzecz, którą on stworzył, co okazało się prawdą. 

Cały kształt zaczął się realizować, miałam dużo czasu na ten projekt, więc mogła to być bardzo przemyślana struktura. Przyjechałam do Kielc z całym materiałem. Duży wkład miał tutaj Paweł Sablik, który był dramaturgiem w Teatrze Żeromskiego i bardzo mnie bodźcował z każdej strony różnymi materiałami, jakimiś pomysłami, podsuwał też rozwiązania. Myślę, że najważniejsze w tym wszystkim jest to, że z adaptacji Dzienników zrobiło się coś ryzykownego, bo każdy wybór w tej historii pociągał za sobą konieczność odsłaniania trochę siebie.

MR: W spektaklu pokazujesz teatralne życie zza kulis. Chciałaś skomentować sytuację teatralną związaną z przekroczeniami?

WZ: Siłą rzeczy to się działo, ale bardziej wynikało z decyzji i treści, w które wchodziliśmy. Żeromski miał jakieś autorytety, które nim kierowały, widzimy, że robiły to czasami w bardzo radykalny sposób. Od razu odbijasz to lustrzanie do tego, że w zasadzie ty też miewasz takie sytuacje w życiu, bo jesteś w takim środowisku. Różne rzeczy, w różny sposób próbują cię ukształtować. Jedna z sytuacji, które się dzieją w spektaklu – rozmowa z reżyserem, który oskarża mnie o antysemityzm – ta sytuacja rzeczywiście miała miejsce, miałam taką rozmowę z osobą dyrektorską, zresztą później pracowałam z nim i lubiłam spektakle w jego teatrze. Takie rzeczy się wydarzają i trzeba to jakoś obsługiwać. Opowiadanie o tym bardzo dużo robi, bo nie da się zmienić tego, że niektórzy tak działają. Pytanie, w jaki sposób będziemy na to reagować. Wydaje mi się, że cała ta sekwencja wynurzeń aktorskich na koniec jest trochę takim zaśmianiem się z tego backstage’u, z tego, jak wyglądają procesy.

MR: Czym dla ciebie w tym spektaklu jest przebieg muzyczny?

WZ: Dużo rzeczy pojawia się z jakiś fantazji i potrzeby estetycznej. Chór był czymś takim. Kocham chóry, ich monumentalizm bardzo mnie pociąga, stąd pomysł, żeby skomponować tę pieśń. W zasadzie od tego wychodziliśmy. Michał Jan Meller podjął rękawicę i stworzył kompozycję, która jest bardzo nośna i idealnie wchodzi w dialog z fragmentami książek Żeromskiego. Muzyka w tym zderzeniu ma swoją dramaturgię, rozwija coś, co jest w pewnym sensie ilustracyjne. To nie jest dodatek do spektaklu, ale dialog. Tak z Michałem współpracujemy.

MR: Czy chór składa się z innych aktorów w zależności od miejsca, w którym gracie?

WZ: Tak. Całą siłą tego zdarzenia jest to, że ono za każdym razem stawia przed nami nowe wyzwanie. Ja, Dagna Dywicka i Oskar Jarzombek jesteśmy już w jakiejś energii, która za każdym razem się rozwija, podbijamy ją i czujemy się bardzo bezpiecznie w tym ciągłym improwizowaniu. Jeśli chodzi o chór to jest fantastyczne, że za każdym razem jest coś nowego i innego. Bardzo lubię moment pisania tekstów, które aktorzy czytają na koniec. W Krakowie to było bardziej osobiste, bo znaliśmy się i zaprosiłam do chóru osoby, z którymi pracowałam przez całą szkołę, jako domknięcie tego etapu. Tutaj to były osoby, których kompletnie nie znałam. To za każdym razem jest ciekawe spotkanie.

MR: Jaki jest teraz teatr Weroniki Zajkowskiej? 

WZ: Dla mnie tematem przewodnim jest cały ten backstage, czyli to wszystko, co jest pod tekstem, pod spotkaniem teatralnym. Dynamika, która się wytwarza w samym teatrze, w zespole, to wszystko, co się z tym łączy, ma gigantyczny wpływ na to, co ostatecznie wydarza się na scenie. Zderzam się teraz z tym, że samo zainteresowanie formą nie może być docelowym momentem artystycznym. Bardzo dużo tematów siedzi we mnie i celowo nie sięgam po nie, bo ciągle jeszcze nie wiem, jak to będzie się z nimi skonfrontować. Czuję, że mój teatr powoli zaczyna też dotykać miejsc, które są naprawdę ważne, ale bardzo trudne. Z drugiej strony, to teatr, który próbuje obalać pomniki – kulturowe i nie tylko. Myślę, że teraz poprzez swoją sztukę bardzo rozbrajam to, co myślę o sobie, o życiu, o świecie, i o tym jak bym chciała w tym funkcjonować.

MR: Jesteś na V roku reżyserii w Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie na wydziale reżyserii i dramaturgii, masz za sobą dyplom w Teatrze Polskim we Wrocławiu, Draculę.

WZ: Tak, myślę, że to jest najmniej moja praca z tego wszystkiego. Teatr Polski zaczął funkcjonować w systemie scrumowym, korporacyjnym. Weszłam w niego z poczuciem, że wchodzę w coś, co myślałam, że znam, bo pracowałam już z Michałem Zadarą. Okazało się, że ten system chyba dopiero szuka sobie miejsca albo nie jest dla mnie. To było trudne, bo w pewnym momencie trzeba było się pogodzić z tym, że zgodziłam się na to, żeby nie do końca wyrażać siebie i swoje potrzeby artystyczne, a tworzyć produkt, który był zamówieniem. Natomiast mimo tych trudów, sukcesem spektaklu i tym, z czego jestem dumna, jest to, że powstał on z myślą o osobach niewidzących. Zależało mi na tym, żeby zrobić spektakl dostępny dla wszystkich widzów, żeby niepotrzebne były słuchawki z audiodeskrypcją dla osób niewidzących lub słabowidzących, tylko żeby mogli oni po prostu wejść i tak jak każdy inny widz doświadczać teatru z tym zasobem, który się ma. 

MR: Jakie jest twoje marzenie? Gdzie będzie Weronika za 10 lat?

WZ: Bardzo bym chciała poeksplorować to, co dzieje się poza granicami polskiego teatru. Myślę też, że Weronika za 10 lat niekoniecznie będzie przywiązana tylko do teatru, bo ciągnie mnie do eksplorowania także innych narzędzi. Nie ukrywam, że w tym momencie trochę zaczynam romansować z filmem i to jest coś, co mnie bardzo interesuje. Chciałabym za 10 lat nadal z otwartością poszukiwać narzędzi i na pewno nie wylądować w takim miejscu, w którym stwierdzę, że już mam jakiś domknięty język albo tematykę. Chciałabym być w ciągłym szukaniu.

Przewijanie do góry