Postkolonialne rozliczenia w Polsce nadal uchodzą za marginalny temat. Ludomir Franczak warstwa po warstwie odsłania jednak polskie uwikłania w historię kolonialnych grabieży.
Ciemną salę przeszywa dźwięk fletów i piszczałek. Biały mężczyzna stawia na podświetlonym stoliku kufer. Delikatnie nim przesuwa, wprawiając w falowanie obrus we wzór tropikalnych roślin. Performer ustawia na kufrze repliki statków Santa Maria, Król Belgów i SS Poznań. Rejsy z różnych miejsc i czasów spotykają się w tym samym porcie. Performans Łowcy głów w koncepcji i wykonaniu Ludomira Franczaka, sytuujący się na styku eseju, instalacji artystycznej i działania scenicznego, mapuje polskie uwikłania w kolonializm.
Franczak otwiera kufer, ukazując ukrytą w nim dioramę. Rozkładając kolejne jej warstwy, ujawnia, jak głęboko Polska wplątana jest w historię kulturowych grabieży i zawłaszczeń. Podczas gdy Franczak pracuje (jako kurator lub konserwator) nad makietą, dźwięk dobiegający z głośnika oraz teksty wyświetlane w projekcji uzupełniają kontekst jego działań. Naprzemiennie słyszymy i czytamy esej, którego antybohaterami są Arkady Fiedler i Jan Czekanowski. Fiedler w 1937 odbył podróż na Madagaskar – mającą charakter „kolonialnego rekonesansu” – której celem było wynegocjowanie przejęcia ziem dla Polski. Czekanowski był czołową figurą polskiej antropologii. Prowadząc badania do publikacji Człowiek w czasie i przestrzeni (1934), mierzył proporcje ludzi na terenach kolonii, wypracowując metodę kategoryzowania ras. Słyszymy też cytaty z Jądra ciemności Josepha Conrada, opowieść o organizowanych na początku XX wieku w Polsce wystawach kolonialnych i ludzkich zoo oraz krytyczne refleksje nad kolekcjami muzeów etnograficznych i antropologicznych.
Performer wlewa wodę do niewielkiej miseczki i stawia na niej statek z origami. Do wody wpadają krople czerwonego barwnika. Następnie przechodzi na drugą stronę sceny, wylewa wodę i obraca miseczkę do góry dnem. Wtedy okazuje się, że w dłoniach trzyma tak naprawdę sklepienie czaszki. Później odkleja z makiety i podnosi kilka skał – te także okazują się czaszkami. Jedną z nich nabija na pal przy stoliku. Zgrzyt ocierających się o siebie materiałów jest niekomfortowo głośny.
Dopiero na koniec Franczak zabiera głos. Pokazuje zdjęcia swojego syna, który zawsze ma przy sobie torbę lub plecak. Następnie widzimy obraz tych samych plecaków w lesie na granicy Polsko-Białoruskiej, tym razem towarzyszą one grupie nastolatek – migrantek z krajów afrykańskich, które doświadczają na granicy znacznie ostrzejszych represji niż osoby białe. Kufer pozostaje otwarty. Możemy przyjrzeć się mu z bliska, dotknąć elementów makiety i zastanowić się nad tym, jak długo jeszcze będziemy utrzymywać się w przekonaniu o własnej kolonialnej niewinności.
Postkolonialne rozliczenia na polskim gruncie nadal uchodzą za marginalny temat. Nasze instytucje sztuki nie muszą zastanawiać się przecież nad decyzją o zwrocie Marmurów Partenońskich, Bramy Isztar czy setek tysięcy zgrabionych artefaktów. Polska nie dość, że nie posiadała własnych kolonii, to sama uległa kolonizacji w okresie zaborów i okupacji wojennej. Jednak korzystała również z „osiągnięć” kolonializmu, wzbogacając się na wyzysku i przejmując kolonizatorskie klisze myślenia: Polacy kolekcjonowali zgrabione przedmioty, chodzili do sklepów kolonialnych po kawę czy kakao, czytali rasistowskie powieści i przodowali w badaniach antropologicznych dehumanizujących Afrykańczyków.
W magazynach europejskich muzeów przechowuje się setki tysięcy czaszek zebranych w czasie podróży antropologicznych, w tych te z podpisami Czekanowskiego. Instytucje kultury funkcjonują w pewnym sensie jako zastępcze grobowce. Przeniesienie muzealnego dyskursu na scenę teatralną działa zaskakująco sprawnie. Kolonialne kolekcje cechuje nieobecność – w albumach fotograficznych nazwiskiem podpisani są jedynie biali antropolodzy, tożsamość sportretowanych z nimi osób nie-białych pozostaje nieznana; rzeźby, maski i ornamenty nie są traktowane jako dzieła sztuki, więc brakuje przy nich nazwisk osób autorskich; gromadzone w magazynach muzeów ludzkie szczątki pozostają niezidentyfikowane. I tutaj właśnie obecność performera pozwala na uruchomienie afektów, które nie mają przestrzeni na wybrzmienie w kartotekach muzealnych kolekcji. W jego powolnych, delikatnych gestach czuć dużo wrażliwości.
Franczakowi udaje się poprowadzić dekolonialną narrację bez dokonywania kolejnych zawłaszczeń. Wykorzystanie strategii takich jak wycofanie własnego głosu w momentach nienawiązujących do osobistej historii oraz kolażowość samej formy pozwalają na wybrzmienie głosom i faktom, które rzadko są uwzględniane w polskiej historii. Łowcy głów stają się w ten sposób nie tylko rozliczeniem z przeszłością – proponują widowni konkretne narzędzia do zdekonstruowania rasistowskich i kolonialnych wzorców, wszechobecnych w społeczeństwie.
Łowcy głów
Społeczne Miejsce Kultury Scena Robocza, Poznań
Idea i realizacja: Ludomir Franczak
Muzyka: Robert Piotrowicz
Realizacja dźwięku: Maciej Frycz
Fragmenty tekstów: Joseph Conrad, Jan Czekanowski, Nnamdi Azikiwe, Iryumugabe Robert, W.G. Sebald, Ludomir Franczak, Magazyn „Morze” (1934), Arkady Fiedler, Grzegorz Łyś
Producentka wykonawcza: Olga Strizhniova
Data recenzji: 19.04.2026
Data spektaklu: 18.04.2026



